O nonsensach związanych z ochroną danych osobowych w szkołach opowiada adwokat Piotr Stankiewicz.

 

Rozporządzenie RODO zaczęło obowiązywać z dniem 25 maja 2018 r., podobnie zresztą jak nowa ustawa o ochronie danych osobowych z dnia 10 maja 2018 r., która zastąpiła tę z 1997 roku. Pierwsze sygnały związane z absurdalnymi sytuacjami związanymi z ochroną danych osobowych w szkołach, napływały już przed wakacjami. I tak słyszałem o tym, że w jednej ze szkół, zamiast imion i nazwisk uczniów, w dzienniku nauczyciela miały być wskazane ich pseudonimy, a w innej szkole każdy z uczniów miał mieć nadany indywidualny numer, którego celem była identyfikacja ucznia w społeczności szkolnej.

Słyszałem też o tym, że w sekretariacie jednego z liceów ogólnokształcących kierownik sekretariatu odmówił odbierania poczty przychodzącej do szkoły z uwagi na to, że wewnątrz przesyłki mogły znajdować się dane osobowe, których nie był kompetentny przetwarzać i taką też informację przekazał do Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Na początku czerwca czytałem też na jednym z portali internetowych, że w pewnej szkole podczas rady pedagogicznej, zlikwidowano dotychczasową listę obecności podpisywaną przez nauczycieli przy wejściu do sali, w której odbywała się rada. Zamiast niej wprowadzono indywidualne karteczki, które po podpisaniu należało włożyć do wspólnej koperty i na ich podstawie stwierdzało się obecność nauczycieli na radzie.

Mając w pamięci te wszystkie absurdy związane z nadinterpretacją przepisów RODO, liczyłem na to, że okres wakacyjny będzie wystarczający, aby emocje związane z paniką przed RODO nieco opadły, a szkoły z odpowiednim dystansem przygotowały się do wdrożenia przepisów, które niewątpliwie miały usprawnić i usystematyzować politykę ochrony danych osobowych. Po wakacjach postanowiłem się rozeznać, jak wygląda sytuacja w szkołach po pierwszym dzwonku, a szczerze powiedziawszy to nie musiałem nawet tego robić, bo począwszy od 3 września niepokojące sygnały napływają do mnie same, bezpośrednio od nauczycieli i od rodziców.

Niestety, ku mojemu zdziwieniu nie jest lepiej. Oto kolejne nonsensowne rozwiązania proponowane przez szkoły w ostatnich dniach:

Zgoda na publikację wizerunku dziecka

W jednej z wielkopolskich szkół podstawowych dyrekcja zobligowała nauczycieli do odbierania od rodziców pisemnej zgody na fotografowanie ich pociech (np. podczas szkolnych uroczystości czy wycieczek) oraz na publikację tych zdjęć w szkolnych albumach i na stronie internetowej placówki. Nie byłoby w tym nic dziwnego (bo taka zgoda była konieczna również przed wejściem w życie RODO), gdyby nie fakt, że według dyrekcji (lub o zgrozo wg ich prawnika… ) konieczna jest zgoda obojga rodziców. A co z dzieckiem, którego rodzice nie wiodą wspólnego życia i dziecko od lat nie widziało ojca lub matki? A co z dzieckiem, którego jeden z rodziców pracuje za granicą? Nie będzie mogło widnieć z takiego powodu w szkolnym albumie? A może nie będzie mogło stanąć z kolegami do zdjęcia robionego przez nauczyciela na szkolnej wycieczce?

Szanowna Dyrekcjo, nie tędy droga! W Polsce przepisy dotyczące ochrony wizerunku dziecka normuje nie tyle ustawa o ochronie danych osobowych, co  ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz Kodeks rodzinny i opiekuńczy. Zgodnie z art. 81 ust. 1 pierwszego ze wspomnianych aktów prawnych, do rozpowszechniania wizerunku (w tym wizerunku dziecka) wymagana jest  zgoda osoby na nim przedstawionej. Z uwagi na to, że dziecko nie posiada pełnej zdolności do czynności prawnych, w jego imieniu takiego zezwolenia udzielają jego opiekunowie prawni, co do zasady – rodzice. Jeżeli oboje posiadają pełnię władz rodzicielskich, każdy z nich może samodzielnie takiej zgody udzielić.  Zatem zgoda jednego rodzica jest wystarczająca a szkoła nie musi się obawiać, że nie dopełniła ciążących na niej obowiązków wypływających z RODO, jeśli uzyskała zgodę od jednego rodzica.

Antoni K., Jan W., Zuzanna S. …

W jednej z warszawskich szkół podstawowych miała miejsce zabawna (zdaniem niektórych rodziców) sytuacja na pierwszym zebraniu rodziców, w trakcie którego wybierano tzw. “trójki klasowe”. Otóż wychowawca (“nastraszony” przez RODO) wypowiadał się o swoich uczniach w obecności ich rodziców używając wyłącznie imienia i pierwszej litery nazwiska. Brzmiało to mniej więcej tak jak wypowiedź prezentera telewizyjnego, który relacjonuje aresztowanie znanego polityka lub aktora. Rodzice zareagowali oczywiście z uśmiechem i jednogłośnie wyrazili zgodę na posługiwanie się przez nauczyciela pełnymi nazwiskami. Nauczyciel jednak nie ustąpił i do końca zebrania w ten sam sposób “przestrzegał” RODO.

A RODO mówi: zgoda to dobrowolne, konkretne, świadome i jednoznaczne okazanie woli, w którym osoba, której dane dotyczą, w formie oświadczenia lub wyraźnego działania potwierdzającego, przyzwala na przetwarzanie dotyczących jej danych osobowych. Zgoda wyrażona jednogłośnie przez rodziców, przy ich stuprocentowej frekwencji na zabraniu była zdecydowanie wystarczająca w tej sytuacji, a nawet wystarczyłoby samo dopełnienie obowiązku informacyjnego w stosunku do rodziców i poinformowanie ich o tym, że szkoła przetwarza dane osobowe ich dzieci, chociażby ze względu na jej prawnie uzasadniony interes czy obowiązki nałożone przez prawo.

Co z tym monitoringiem?

Najbardziej zaniepokoiła mnie informacja, że w jednym z podwarszawskich gimnazjów od początku roku szkolnego wyłączono monitoring wizyjny ze względu na RODO. Zaniepokoiło mnie to tym bardziej ze względu na to, że korzystanie z monitoringu ma za zadanie przede wszystkim zwiększenie bezpieczeństwa dzieci i jest wprost uregulowane przez prawo oświaty, które znowelizowano przez nową ustawę o ochronie danych osobowych z dnia 10 maja br. To przed wprowadzeniem tej zmiany kwestia monitoringu budziła wątpliwości, bo część środowiska prawniczego stała na stanowisku, ze nie ma podstawy prawnej do wprowadzania przez szkoły monitoringu. Niektóre placówki szkolne wprowadzając monitoring powoływały się na art. 23 ust. 1 pkt. 3 ustawy o ochronie danych osobowych z 1997 roku. Przepis ten wskazywał, że przetwarzanie danych osobowych jest dopuszczalne, wtedy gdy jest to niezbędne dla wypełnienia prawnie usprawiedliwionych celów realizowanych przez administratora danych. Za taki cel uznawano bezpieczeństwo uczniów i nauczycieli na terenie szkoły.

Obecnie podstawa prawna do wprowadzenia monitoringu w szkole wynika wprost z przepisów Prawa oświatowego, które z dniem 25 maja br. zostało znowelizowane na mocy nowej ustawy o ochronie danych osobowych.

Art. 108a Prawa oświatowego stanowi, że jeżeli jest to niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa uczniów i pracowników lub ochrony mienia dyrektor szkoły lub placówki, w uzgodnieniu z organem prowadzącym szkołę lub placówkę oraz po przeprowadzeniu konsultacji z radą pedagogiczną, radą rodziców i samorządem uczniowskim, może wprowadzić szczególny nadzór nad pomieszczeniami szkoły lub placówki lub terenem wokół szkoły (placówki) w postaci środków technicznych umożliwiających rejestrację obrazu (monitoring). Monitoring nie może obejmować pomieszczeń, w których odbywają się m.in. zajęcia dydaktyczne. Szkoła może przechowywać nagrania obrazu przez okres nie dłuższy niż 3 miesiące od dnia nagrania.

Pomieszczenia i teren monitorowany muszą być oznakowane w sposób widoczny i czytelny, za pomocą odpowiednich znaków lub ogłoszeń dźwiękowych, nie później niż dzień przed uruchomieniem monitoringu. O wprowadzeniu monitoringu dyrektor szkoły musi poinformować uczniów i pracowników szkoły w sposób przyjęty w danej placówce, nie później niż 14 dni przed jego uruchomieniem.

Potrzeba zdrowego rozsądku

Jak widać okres przerwy wakacyjnej nie był wystarczający, aby szkoły zaczęły podchodzić do tematu ochrony danych osobowych zdroworozsądkowo, nie popadając w panikę i nie uciekając się do absurdalnych rozwiązań oraz coraz to bardziej zaskakujących pomysłów. Musi minąć jeszcze wiele miesięcy zanim RODO przestanie straszyć, a stanie się sprzymierzeńcem szkoły i uczniów.

adw. Piotr Stankiewicz

Publikacja dostępna również w portalu www.prawo.pl